Kiedy dotarliśmy do granicy głównej części sali, młoda hostessa z oprawnym w skórę notesem podniosła wzrok. Jej wzrok szybko, badawczo omiótł mój granatowy garnitur, który kupiliśmy w sklepie. Posłała mi wymuszony, napięty uśmiech.
„A pan jest?” – zapytała, a w jej głosie słychać było uprzejmą nudę.
„Harrison” – odpowiedziałem, a mój głos brzmiał chrapliwie, jak u mężczyzny przyzwyczajonego do wydawania poleceń. „Ojciec pana młodego”.
Jej uśmiech zamarł. Zamarł na mikrosekundę, zanim wrócił na swoje właściwe, pełne szacunku miejsce. „Och. Przepraszam. Proszę tędy, proszę pana”.
Eskortowała nas do pierwszego rzędu, ale jej ciało…