Za nami, w ciasnym kręgu, stała grupka kobiet. Ich głosy niosły przenikliwy, niczym niezakłócony ton starych pieniędzy.
„Doszła mnie wieść, że matka pana młodego niedawno była praktycznie na łożu śmierci” – zauważył jeden głos, ociekający chorobliwą ciekawością.
„Wiem” – odpowiedział inny. „Myślę, że to jakieś późne stadium czegoś tam. Szczerze mówiąc, dziwi mnie, że pozwolili jej na udział. Wydarzenia tego kalibru wymagają pewnej estetyki. Po prostu… przygnębiające jest to, jak się na to patrzy”.
Po tej uwadze rozległ się cichy, chóralny chichot. Nie musiałam się odwracać, żeby rozpoznać przywódcę. To była Eleanor, matka Jennifer.
Mary słyszała każdą sylabę. Wiedziałam, że tak, bo jej palce natychmiast wbiły się w materiał spódnicy, aż kostki zbielały. Rozległ się ciężki dźwięk. Potem świadomie rozluźniła uścisk, uniosła rękę i pogłaskała brzeg peruki, jakby poprawianie jej było tylko nerwowym tikiem.
„Nic mi nie jest, Arthurze” – wyszeptała, choć jej wzrok wciąż utkwiony był w oceanie.