Wiek krzyczał, że jesteśmy pozycjonowani z biologicznego obowiązku, a nie dlatego, że nasza obecność była naprawdę pożądana.
Rozejrzałam się taktycznie po pokoju. Linia krwi Jennifer przybyła w pełnej sile. Mężczyźni w włoskich ubraniach szytych na miarę sprawdzali Rolexy Daytony; kobiety odziane w surowy jedwab wydawały z siebie ostre, pewne siebie śmiechy. To był specyficzny akustyczny znak ludzi, którzy z natury wierzą, że ziemia należy do nich.
Jennifer rządziła w pobliżu podwyższonego podium, gdzie miały zostać złożone przysięgi. Była otulona surową białą suknią od projektanta, która odbijała światło tak mocno, że patrzenie na nią aż bolało. Kiedy Lucas podszedł do niej, zacisnęła dłoń na jego bicepsie – nie w geście czułości, a własności. Jakby oceniała cennego konia pełnej krwi angielskiej, którego właśnie nabyła.
Lucas nas zauważył. Przez ułamek sekundy jego wzrok utkwił w kruchej sylwetce Mary. Skinął głową, stanowczo i klinicznie.
To był koniec jego powitania. Nie przeszedł przez pokój. Nie objął kobiety, która dała mu życie. Nie zapytał, czy bolały ją stawy po podróży.
Zgrzytnąłem zębami trzonowymi, ale milczałem. W wojsku szybko się uczysz, że czasem milczenie mężczyzny jest głośniejszym sygnałem porażki niż jakakolwiek słowna skarga.
Mary wygładziła sukienkę i usiadła na składanym krześle, z rękami symetrycznie ułożonymi na kolanach. „To piękne miejsce, Arthurze” – wyszeptała, wpatrując się przez szybę w rozbijające się fale. Wiedziałem, że desperacko próbuje skupić się na estetyce, ignorując lodowatą temperaturę panującą na naszym przyjęciu.