A potem rozległ się śmiech.
Zaczął się przy rodzinnym stole Jennifer – kilka pijackich, oszołomionych parsknięć od ludzi, którzy naprawdę myśleli, że to zaplanowana komedia. Sama Jennifer odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła radosnym, dźwięcznym śmiechem. Lekko potrząsnęła peruką w dłoni.
„O mój Boże!” – wyszeptała Jennifer do swojego mikrofonu przypiętego do krawata, a jej głos ociekał udawaną niewinnością. „Nie miałam pojęcia, że tak łatwo odleci!”
Od jej druhen popłynęła jeszcze głośniejsza fala śmiechu. Gdzieś w tylnych rzędach rozbłysła lampa błyskowa, gdy jeden z gości uchwycił upokorzenie w wysokiej rozdzielczości.
Odwróciłam się gwałtownie, żeby zlokalizować Lucasa. Mój syn stał zaledwie sześć metrów ode mnie, unosząc się nad krawędzią parkietu. Miał bezpośredni, niczym niezakłócony widok na scenę. Widział, jak jego narzeczona atakuje jego matkę.
Czekałam. Moje mięśnie napięły się jak sprężyna. Wystarczyłby jeden krok. Jeden gwałtowny, wściekły ruch mojego syna, by wbiec na scenę, wyrwać mikrofon z ręki potwora i osłonić kobietę, która go urodziła.
Lucas nie drgnął ani jednym mięśniem.
Wpatrywał się w odsłoniętą skórę głowy Mary, a jego twarz pokryła się głębokim rumieńcem. A potem odwrócił się plecami do sceny, wpatrując się w swoje drogie skórzane buty, desperacko pragnąc oddalić się od radioaktywnego opadu. Obliczył społeczny koszt obrony umierającej matki przed bogatymi teściami i postanowił zostawić ją wilkom.
Na scenie Jennifer rozkoszowała się blaskiem reflektorów. „Właściwie” – zachichotała, pochylając się w stronę tłumu – „może aerodynamiczny wygląd i tak jest lepszy w tej wilgotności!”.
Śmiech narastał, stając się coraz okrutniejszy.