Ale Mary wciąż milczała. Nie płakała. Spojrzałam jej w oczy z drugiego końca sali. W jej spojrzeniu nie było paniki. Była tylko pusta, rozpaczliwa rozpacz kobiety, która zdaje sobie sprawę, że u szczytu życia syna jej cierpienie zamieniło się w puentę.
Wstałam.
Drewniane nogi mojego krzesła gwałtownie zaskrzypiały o podłogę. Dźwięk nie był wzmacniany elektronicznie, ale miał poszarpaną, gwałtowną częstotliwość, która przebijała się przez śmiech. Kilka głów odwróciło się, żeby na mnie spojrzeć.
Wyszłam zza stołu. Nie biegłam. Nie krzyczałam. Zacząłem maszerować w kierunku sceny powolnym, przerażającym, rytmicznym krokiem dowódcy artylerii wchodzącego w strefę ostrego ostrzału.
Wieczór nie był już weselem. Stał się polem bitwy. A ja miałem zamiar spalić ziemię.
Rozdział 4: Arsenał w kopercie
Tłum rozstąpił się przede mną niczym woda. Uśmieszki i chichoty ucichły, gdy szedłem środkowym przejściem. Mężczyzna emanuje specyficzną energią kinetyczną, gdy całkowicie oderwie się od towarzyskiej uprzejmości i działa wyłącznie instynktownie i gniewnie. Nikt nie odważył się mnie zatrzymać.