Po raz pierwszy od tysiąclecia duszące napięcie w klatce piersiowej ustąpiło. Serce zrobiło mi się odrobinę lżejsze.
Wróciliśmy do powolnego, metodycznego spaceru wzdłuż brzegu, oddalając się coraz bardziej od lśniącej rezydencji i jadowitego dramatu wyższych sfer, który niewątpliwie miał pochłaniać lokalne plotki przez miesiące.
Ale gdy szedłem, trzymając żonę za rękę, w mojej głowie krystalizowało się ostateczne objawienie nocy. Zwycięstwo nie polegało na dramatycznej przemowie. Nie chodziło o wyraz przerażenia na twarzy Jennifer ani o pięć milionów dolarów spoczywających bezpiecznie w mojej kieszeni na piersi.
To głębokie, wstrząsające zwycięstwo było oszałamiająco proste.
To był niezaprzeczalny fakt, że po czterdziestu latach wojny, pokoju, chorób i zdrady kobieta, która weszła w ogień obok mnie, wciąż trzymała mnie za rękę, gdy maszerowaliśmy naprzód w ciemność.