Mary wyciągnęła rękę spod za dużej marynarki i dotknęła mojego przedramienia. „Dość, Arthurze” – mruknęła, a w jej głosie słychać było głęboki, wyczerpany spokój. „Zabierz mnie do domu”.
W jej tonie nie było cienia złośliwości. Mary nigdy nie miała ochoty na długotrwałe okrucieństwo.
Skinąłem energicznie głową. Ominęliśmy Lucasa i ruszyliśmy długim krokiem w stronę tylnego wyjścia, lawirując przez labirynt stolików. Atmosfera radykalnie się zmieniła. Goście, którzy wcześniej z nas kpili, teraz aktywnie odwracali wzrok, wpatrując się intensywnie w swoje talerze. Kilku starszych mężczyzn, sądząc po ich postawie, weteranów, skinęło mi uroczyście i z szacunkiem głowami, gdy przechodziliśmy.
„Tato, zaczekaj! Proszę!” Lucas ruszył za nami, jego lakierowane buty lekko ślizgały się po wypolerowanej podłodze.
Zatrzymaliśmy się przy wielkich, przeszklonych drzwiach balkonowych, które prowadziły na plażową ścieżkę. Z ciemności wdzierał się ciężki zapach puszystego błota i słonego powietrza.
Lucas stał, blokując nam wyjście, z unoszącą się piersią. „Przepraszam” – błagał, a pot perlił mu się na czole. „Jennifer… ma spaczone poczucie humoru. Ona tylko sobie żartowała. Wszystko zostało okropnie źle zrozumiane. Przesadzasz z tym żartem”.
Wpatrywałam się w niego, pozwalając, by żałosny ciężar jego wymówek zawisł w wilgotnym powietrzu.
„Lucas” – powiedziałam zmęczonym głosem. „Twoja matka stała pod reflektorem, pozbawiona godności, zupełnie sama”.
Przełknął ślinę, nie mogąc spojrzeć mi w oczy.
„Nikt nie żądał, żebyś wszczynał bójkę” – kontynuowałam. „Ale gdybyś po prostu zrobił trzy kroki naprzód… gdybyś po prostu wszedł na scenę i objął ją ramieniem… cała twoja ścieżka życia potoczyłaby się teraz inaczej”.
Ramiona Lucasa opadły. Rozszalała energia uleciała z niego, pozostawiając po sobie pustą skorupę żalu. „Ja… nie myślałem wystarczająco szybko” – wyszeptał do podłogi.