Wszedłem po trzech drewnianych schodkach na scenę. Jennifer wciąż tam stała, peruka zwisała z jej wypielęgnowanych palców, a jej zwycięski uśmiech słabł, gdy padł na nią mój cień.
Zignorowałem całkowicie pannę młodą. Skupiłem się wyłącznie na Mary.
Zrzuciłem z siebie skrojoną na miarę granatową marynarkę. Z powolną, rozważną delikatnością narzuciłem ciężką wełnę na drżące ramiona Mary. Podciągnąłem klapy wysoko, skutecznie osłaniając jej odsłoniętą skórę głowy i delikatną krzywiznę szyi przed oślepiającym światłem halogenów i drapieżnymi obiektywami smartfonów, wciąż unoszących się w ciemności.
Mary przechyliła głowę, jej wyczerpane oczy spotkały się z moimi. Stoicki spokój wciąż był obecny, ale sam ciężar upokorzenia groził jej zmiażdżeniem.
„Wracamy do domu, Arthurze?” wyszeptała, a pojedyncza łza w końcu wymknęła się i potoczyła po jej zapadniętym policzku.
„Za chwilę, kochanie” – odpowiedziałem niskim, kojącym pomrukiem.
Powoli odwróciłem się w stronę sali balowej. Setki bladych twarzy wpatrywały się we mnie, a do nich dotarło, że właśnie zaśmiały się z okrucieństwa.
Jennifer nerwowo cofnęła się o pół kroku. Z jej twarzy zniknęła brawura. „Ja… ja myślę, że wszyscy źle rozumieją sytuację” – wyjąkała do mikrofonu, jej głos był napięty i obronny. „Po prostu próbowałam pomóc jej poczuć się bardziej komfortowo w tym upale”.
W sali panowała martwa cisza. Żart prysł.
Wyciągnąłem w jej stronę prawą rękę, wnętrzem dłoni do góry. „Oddaj mi własność, którą ukradłeś mojej żonie”.
Jennifer przełknęła ślinę, a jej wzrok powędrował w stronę matki w pierwszym rzędzie. Drżącymi palcami oddała perukę. Nie spojrzałem na nią. Starannie położyłem ją na pobliskim stoliku koktajlowym.
Następnie sięgnąłem i mocno owinąłem ją palcami.