„Słuchaj ojca, Eleno” – mruknął Greg wystarczająco głośno, żebym mogła usłyszeć. „Nie psuj wieczoru. Zajmij się tym sama.”
Goście zaczęli szemrać, skrępowani, patrząc na gospodarzy w poszukiwaniu wskazówek. Gospodarze – moja rodzina – dawali mi do zrozumienia, że to tylko uciążliwość, a nie tragedia.
Personel ośrodka stał na uboczu, przerażony. Szef ochrony, mężczyzna o imieniu Marcus, którego osobiście zatrudniłem, stał obok zespołu, z ręką na słuchawce i zdezorientowany. Czekał, aż „właściciel” albo „pan młody” wyda polecenie. Myślał, że Greg jest klientem.
Spojrzałem na Mię. Drżała, wpadała w szok.
„Mamo… boli” – wyszeptała.
„Wiem, kochanie. Zaraz przejdzie”.
Wstałem. Otarłem krew z rąk o sukienkę. Już mnie to nie obchodziło.
Spojrzałem w górę na balkon. Spojrzałem na Sarę, ocierającą plamę po winie. Spojrzałem na mamę, poprawiającą szminkę. Spojrzałem na ojca, zapalającego cygaro.
To nie była moja rodzina. To byli pasożyty. Byli potworami owiniętymi w jedwab i diamenty. A ja ich karmiłem. Ubierałem. Dałem im tę scenę.
Czas było spalić teatr.
Spotkałem się wzrokiem z Marcusem, szefem ochrony. Patrzył na mnie z litością.
Uniosłem brodę. Uniosłem prawą rękę wysoko w górę, z otwartą dłonią, a potem gwałtownie przeciąłem sobie nią gardło. Potem uniosłem trzy palce.
Kod czerwony.
To był protokół awaryjny, który ustaliłem, kupując ten archipelag. Oznaczał on Wrogie Zagrożenie. Natychmiastowe Wyłączenie. Uchylenie Zabezpieczenia przez Właściciela.
Marcus zamarł. Wpatrywał się we mnie. Spojrzał na Grega, a potem znowu na mnie. Dostrzegł w moich oczach autorytet. Widział budzącego się drapieżnika.