„Startuj” – rozkazałem.
Gdy helikopter wzbił się w nocne niebo, spojrzałem w dół.
W ośrodku robiło się ciemno. Jedno po drugim gasły światła głównej willi,
Apartamenty w najpiękniejszych lokalizacjach, a restauracje gasły. Wydałem rozkaz odcięcia prądu w sieci mieszkaniowej.
Moja rodzina stała skulona na lądowisku, maleńkie postacie w ciemności. Goście – bogaci partnerzy biznesowi i osoby z towarzystwa – wsiadali już na promy awaryjne, które dla nich zorganizowałem, zostawiając „ślubne orszak”.
Byli sami. Utknęli na skale pośrodku oceanu. Bez szampana. Bez pochwał. Bez publiczności. Tylko ciemność, upał i oni sami.
To było piekło, które sami sobie stworzyli.
Rozdział 6: Prawdziwy spokój
Tydzień później
W apartamencie na Manhattanie panowała cisza, przerywana jedynie szumem miasta daleko w dole. To była inna cisza niż ta na wyspie. Nie była ciężka od wilgoci i kłamstw. Była chłodna, czysta i bezpieczna.
Mia siedziała na dywanie w salonie, otoczona kolorowymi kredkami. Jej lewe ramię było w jaskraworóżowym gipsie z włókna szklanego, sięgającym aż do łokcia. Rana na czole goiła się, tworząc małą różową linię, która z czasem zblednie.
Nuciła coś pod nosem, kolorując obrazek.
Mój telefon zawibrował na marmurowym stoliku kawowym. Zerknęłam na niego.
Mamo (53 nieodebrane połączenia).
Podniosłam słuchawkę i sprawdziłam zapis wiadomości głosowej.