Mia zamarła, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia. „Ja… przepraszam, ciociu Saro! Nie widziałam!”
„Ty mały szczurze!” krzyknęła Sarah. „Zniszczyłaś to! Zniszczyłaś moją suknię! Zniszczyłaś mój ślub!”
„Sarah, przestań!” krzyknęłam, zrywając się z krzesła i biegnąc przez parkiet. „To był wypadek!”
Ale byłam jakieś sześć metrów dalej. Sarah była dwa metry dalej.
Alkohol i narcyzm wzięły górę. Sarah nie tylko krzyknęła. Rzuciła się do przodu.
„Zejdź mi z oczu!”
Sarah położyła obie dłonie na drobnej piersi Mii i pchnęła.
To nie było żartobliwe pchnięcie. To było pchnięcie, które miało boleć. To było pchnięcie napędzane przez całe życie poczucia wyższości i wściekłości.
Mia była malutka. Poleciała do tyłu, odrywając stopy od ziemi.
Machała rękami, próbując się czegoś złapać, ale nie było tam nic poza powietrzem. Zatoczyła się do tyłu, uderzyła w niską, ozdobną barierkę oddzielającą poziomy i przewróciła.
„NIE!” Krzyknęłam, a dźwięk rozdarł mi gardło do żywego.
Mia zniknęła za krawędzią.
Czas zdawał się stać w miejscu. Widziałam wyraz twarzy mojej siostry – nie przerażenie, lecz satysfakcję. Widziałam wino spływające po jej sukience. Widziałam gości zamarłych z dłońmi na ustach.
Potem rozległ się dźwięk.
Łup-trzask.
To był dźwięk ciała uderzającego o kamień. Dźwięk, którego żaden rodzic nigdy nie powinien usłyszeć.
Dotarłam do balustrady i spojrzałam w dół.