Mia leżała w ozdobnym skalniaku poniżej. Skulona na boku w białym żwirze. Nie ruszała się.
Krew już zbierała się pod jej głową, jaskrawa i wyraźna na tle białych kamieni. Jej lewe ramię było wykręcone pod kątem, który przeczył anatomii.
„Mia!” Zawodziłam. Nie zeszłam po schodach. Rzuciłam się przez poręcz, zrzucając dwa metry na żwir i lądując twardo na czworakach obok niej.
„Mia, kochanie, mów do mnie. Otwórz oczy”.
Moje dłonie zawisły nad nią, przerażone, by jej dotknąć, przerażone, by tego nie zrobić.
Mia wydała z siebie niski, bulgoczący jęk. Jej oczy zatrzepotały, otworzyły się.
Rozkojarzona i przewracająca się do tyłu. „Mamo…” jęknęła. „Moja głowa…”
„Jestem tutaj, kochanie. Jestem tutaj”. Spojrzałam w górę na balkon, gdzie twarze gości spoglądały w dół niczym gargulce.
„Wezwijcie medyka!” ryknęłam. „Zadzwońcie na 911! Wezwijcie zespół ratownictwa medycznego! NATYCHMIAST!”
Nade mną Sarah wygładzała przód swojej sukienki. Spojrzała na nas, na swoją krwawiącą siostrzenicę i nie płakała. Nie krzyczała o pomoc.
Zmarszczyła brwi.