Mia uniosła kartkę. To był rysunek dwóch patykowych postaci stojących na szczycie wysokiego budynku. Jedna była duża, druga mała. Trzymały się za ręce. Było wielkie żółte słońce i niebieskie chmury.
„To my” – powiedziała Mia. „W niebiańskim domu”.
„Gdzie są babcia i dziadek?” – zapytałem delikatnie.
Mia pokręciła głową. „Nie zmieścili się. Papier jest za mały. Tylko my”.
Przytuliłem ją, uważając na jej ramię. „Masz rację, kochanie. Tylko my. I to wystarczy”.
Spojrzałem przez okna od podłogi do sufitu na panoramę Nowego Jorku. Zbudowałem imperium, żeby kupić ich miłość. Kupiłem wyspę, żeby kupić ich szacunek. Ale tak naprawdę musiałem tylko kupić bilet.
Chcieli być traktowani jak członkowie rodziny królewskiej? Świetnie. Zrobiłem im awanturę w stylu Marii Antoniny. Obciąłem im głowy – społecznie i finansowo.
I teraz, po raz pierwszy w życiu, cisza nie była samotna. Była zwycięska.
Koniec.