„Za udawanie?”
„Za to, że wciąż ci zależy”.
Ta odpowiedź utkwiła mi w głowie na długie godziny.
Bo mnie też wciąż zależało.
Nie tak jak kiedyś. Nie z zaufaniem. Ale jakaś zraniona część mnie wciąż szukała w twarzy Marka po drugiej stronie stołu, szukając mężczyzny, który kiedyś nie spał całą noc, kiedy miałam grypę, który płakał, kiedy nasz pierwszy test ciążowy po miesiącach starań dał wynik negatywny, który ściskał moją dłoń przed kliniką leczenia niepłodności i mówił, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, nawet jeśli zawsze będziemy tylko we dwoje.
Ta jego wersja była prawdziwa.
I to sprawiło, że trudniej było mi ją przetrwać.
W drugim miesiącu Mark przestał być ostrożny.
Rozmawiał otwarcie z Jessicą w garażu, zakładając, że nie słyszę. Uśmiechał się do telefonu podczas śniadania. Zaczął się inaczej ubierać. Nowe koszule. Nowy zegarek. Twierdził, że to dla „prezencji kierowniczej”.
Zastanawiałam się, czy Jessica lubi niebieski.
Aż pewnego środowego poranka wszystko się zmieniło.
Mark zszedł na dół przed siódmą. Był zdenerwowany. Nalał sobie kawy i zapomniał jej wypić, trzy razy spojrzał na zegarek, pocałował mnie w policzek za szybko.
„Wczesne spotkanie” – powiedział.
„Z kim?”
Mrugnął. Prawie nigdy już nie zadawałam bezpośrednich pytań.
„Zespół finansowy”.
„Powodzenia”.
Wyszedł o 7:18.
O 7:24 James napisał SMS-a.
Jessica wyszła. W tym samym kierunku.
Otworzyłam aplikację śledzącą, którą James pomógł mi zainstalować prawnie dzięki poradom mojego prawnika i moim prawom własności do pojazdu. Samochód Marka ruszył w stronę Manhattanu, zanim zatrzymał się przed budynkiem szpitala.
Zadzwonił mój telefon.
James.