„Masz rację” – powiedziałam. „Czasami kobieta powinna poczekać, aż pozna wszystkie fakty”.
Mark spojrzał ostro w górę.
Tylko na sekundę.
Ale zobaczyłam, jak strach wraca do jego oczu.
Dobrze, pomyślałam.
Pamiętam to uczucie.
Poniedziałkowy poranek nadszedł szary i przejmująco zimny.
Ubrałam się starannie. Granatowy płaszcz. Biała bluzka. Niskie obcasy. Bez obrączki.
W sali konferencyjnej Helen pachniało kawą i tuszem do drukarki. Ułożyła przede mną starannie dokumenty.
„Pozew rozwodowy” – powiedziała. „Roszczenia finansowe. Indeks dowodów. Wniosek o korzystny podział majątku. Dokumentacja dotycząca wykroczenia.”
Podpisałem tam, gdzie wskazała.
Mój podpis wyglądał pewniej, niż się czułem.
O 9:58 Helen zalogowała się do elektronicznego systemu składania dokumentów.
O 9:59 spojrzała na mnie.
„Gotowa?”
Pomyślałem o kobiecie, którą byłem w Wigilię, drżącej przed drzwiami werandy.
Potem pomyślałem o kobiecie, która teraz tu siedzi.
„Tak.”
Dokładnie o 10:00 Helen kliknęła „Wyślij”.
Złożono.
Zawibrował mój telefon.
James.
Ja też.
Po raz pierwszy od miesięcy poczułem coś bliskiego spokoju.
Nie szczęście. Nie triumf.
Tylko czysty dźwięk zamykanych za mną drzwi.
Dokumenty doręczono trzy dni później.
Mark zadzwonił o 14:17.
Odczekałam dwa sygnały, zanim odebrałam.
„Anno” – powiedział bez tchu. „Gdzie jesteś?”
„W domu”.
„Już idę”.
Rozłączył się.