Robiłam właśnie herbatę, kiedy przyszedł.
Drzwi wejściowe zatrzasnęły się z taką siłą, że zatrzęsła się ściana. Mark wpadł do kuchni, ściskając w dłoniach kopertę sądową, blady na twarzy, z poluzowanym krawatem i rozczochranymi włosami.
„Co to, do cholery, jest?”
Zerknęłam na kopertę. „Wygląda na dokument prawny”.
„Nie rób tego”. Jego głos załamał się ostro. „Nie mów do mnie, jakbym była głupia”.
Ostrożnie odstawiłam kubek. „To przestań się tak zachowywać”.
Wyraźnie się wzdrygnął.
Przez kilka długich sekund staliśmy naprzeciw siebie w kuchni, gdzie kiedyś tańczyliśmy boso, podczas gdy makaron kipiał na kuchence.
Otworzył dokumenty drżącymi rękami.
„Rozwodzisz się ze mną”.
„Tak”.
„Żądasz sześćdziesięciu procent majątku?”
„Tak”.
„Oskarżasz mnie o nadużycia finansowe?”
„Dokumentuję to”.
Jego wzrok szybko przesunął się w dół strony.
Po czym znieruchomiał.
Jego twarz natychmiast się zmieniła.
„Jessica” – wyszeptał.
Zamilkłam.
Powoli spojrzał na mnie. „Nazywasz Jessicę?”
„Tak”.
„Skąd ty…”
Powstrzymał się.
Pierwszym odruchem człowieka winnego nigdy nie jest niewinność.
To kontrola szkód.
Lekko oparłam się o blat. „Wiedziałam w Wigilię”.
Zbladł całkowicie.