Anna Ellis.
Znowu moje.
Ja i James utrzymywaliśmy kontakt, początkowo ostrożnie. Jest dziwna intymność między dwojgiem ludzi, którzy byli świadkami tej samej eksplozji z przeciwnych stron. Nie romantyzowaliśmy tego. Nie udawaliśmy, że ból nas do siebie przeznaczono. Byliśmy po prostu dwojgiem ocalałych, którzy rozumieli geografię swoich blizn.
We wrześniu zaprosił mnie na kawę.
Nie legalną kawę. Nie kawę z dowodami.
Po prostu kawę.
Spotkaliśmy się w małej kawiarni nad rzeką. Miał na sobie dżinsy zamiast garnituru. Ja założyłam żółty sweter, bo uznałam, że żółty wygląda obiecująco, a byłam zmęczona ubieraniem się jak na przesłuchanie.
„Wyglądasz inaczej” – powiedział.
„Ty też.”
„Teraz śpię.”
„To musi być miłe.”
Zaśmiał się.
Po raz pierwszy słyszałam jego śmiech bez goryczy.
Rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach. Kursach gotowania. Moich uczniach. Jego planie spędzenia miesiąca na jeżdżeniu samochodem po południowym zachodzie. Moim marzeniu o zwiedzeniu Włoch samotnie – nie dlatego, że nie miałam z kim, ale dlatego, że chciałam udowodnić, że potrafię cieszyć się własnym towarzystwem.
Kiedy się rozstaliśmy, przytulił mnie.
Ciepło. Ostrożnie. Z szacunkiem.
Nic więcej.
Jeszcze nie.
A może nigdy.