Potem Patricia.
Potem Andrew, młodszy brat Marka.
Wyłączyłam telefon i jechałam dalej.
Przejeżdżałam przez ulice skąpane w bożonarodzeniowych iluminacjach, mijając kościoły rozświetlone świecami, mijałam domy, w których rodziny prawdopodobnie otwierały wino i udawały, że święta nie obnażają wszystkich załamań w ich życiu. Minęłam hotel, w którym Mark i ja poznaliśmy się na aukcji charytatywnej, piekarnię, w której kupił mi bułeczki cynamonowe po naszym ślubie w sądzie, mały park, w którym kiedyś obiecaliśmy sobie, że będziemy mieli dwójkę dzieci i psa przed trzydziestką piątą.
Nigdy nie mieliśmy dzieci.
On miał jedno z Jessicą.
Kiedy dotarłem do Riverside Park, moje ręce przestały drżeć. To przerażało mnie bardziej niż sam ból. Ból był ludzki. Drżenie było ludzkie. Ale cisza we mnie wydawała się czymś nowym, co się rodzi.
Coś niebezpiecznego.
Zaparkowałem przy zamarzniętej rzece i siedziałem sam w ciemności. Po drugiej stronie wody miasto migotało jak życie, do którego już nie należałem. Głos Marka wciąż rozbrzmiewał mi w głowie.
To nasze dziecko.