Uśmiechnęłam się.
Jessica krzyknęła coś zbyt zniekształconego, żebym mogła to zrozumieć.
Potem Mark warknął: „Nie obwiniaj mnie!”
No i stało się.
Wielka historia miłosna zaczęła się pożerać w ciągu pięciu minut od momentu ujawnienia.
Rozłączył się i spojrzał na mnie.
„Ona się boi”.
„Ja też” – powiedziałam cicho. „Od miesięcy”.
„To co innego”.
Zaśmiałam się.
Dźwięk był cichy i brzydki.
„Oczywiście, że tak myślisz”.
Mark gwałtownie wstał. „Wziąłeś od niego pieniądze, prawda?”
Mój uśmiech zniknął.
Domyślił się. Albo Jessica. A może poczucie winy w końcu wyostrzyło jego instynkt.
„Nie wolno ci się obrażać za strategię” – powiedziałam – „skoro cały twój romans był strategią”.
Skrzywił się z goryczą. „Więc mnie złapałeś”.
„Nie, Mark. Przestałem cię ratować przed twoimi własnymi wyborami”.
Nie miał już nic do powiedzenia.
Oferta ugody nadeszła tydzień później.
Mark chciał czystego rozwodu. Bez przyznawania się do winy. Podziału po równo. Minimalnego odszkodowania. Poufności.
Helen przeczytała propozycję na głos i aż się roześmiała.
„Nie” – powiedziałam.
„Założyłam”.
James otrzymał niemal identyczną ofertę od Jessiki. Twierdziła, że Mark nią manipulował. Mark twierdził, że Jessica go adorowała. Ich miłość, niegdyś tak silna, że mogła zniszczyć dwa małżeństwa, nie przetrwała konsekwencji prawnych.
Sprawa posunęła się naprzód.
Sąd był chłodniejszy, niż się spodziewałam.
Nie fizycznie, choć klimatyzacja działała bezlitośnie. Emocjonalnie. Prawo nie interesowało się złamanym sercem, chyba że miało to związek z dowodami. Nikogo nie obchodziło, jak to jest gotować śniadanie mężczyźnie po zobaczeniu jego zdjęć podczas wizyt prenatalnych. Nikt nie pytał, co czuje kobieta, śpiąc obok kogoś, kto potajemnie planuje ją zostawić po świętach.
Sąd interesował się datami.
Potwierdzeniami.