Po raz pierwszy jego opanowanie się załamało.
„Co?”
„Słyszałem, jak Mark to mówił wczoraj wieczorem. Powiedział jej, że to ich dziecko”.
James powoli odchylił się do tyłu. Jego twarz stała się przerażająco nieruchoma.
Po czym zamknął oczy.
„Oczywiście” – powiedział cicho. „To wyjaśnia wizytę u lekarza”.
„Wiedziałaś?”
„Podejrzewałem. Po prostu nie miałem potwierdzenia”.
Żadne z nas nie odezwało się przez chwilę. Wokół nas trwało świąteczne śniadanie, ciche brzęczenie sztućców i radosne głosiki. Dwoje zdradzonych małżonków siedziało przy stoliku w hotelu, otoczone fotografiami ludzi, którzy ich zniszczyli.
„Co zamierzasz zrobić?” zapytał w końcu.
„Rozwieść się z nim”.
James skinął głową, jakby niczego innego się nie spodziewał. „Ja też rozwodzę się z Jessicą”.
„To dlaczego tu jesteś?”
Zerknął w stronę okien, za którymi zaczął padać lekki śnieg. „Bo liczy się czas”.
Schylił się, położył na stole czarną teczkę i postawił ją przede mną.
Wybuchnęłam ostrym śmiechem. „Co to jest?”
„Otwórz”.
„Nie sądzę”.
„Proszę”.
Coś w jego głosie kazało mi się zastosować.
W środku leżały stosy stu dolarowych banknotów ułożonych z wojskową precyzją.
Zaparło mi dech w piersiach.
„To sto tysięcy dolarów” – powiedział James. „Połowa teraz. Połowa później”.
Odepchnęłam teczkę z powrotem w jego stronę, jakby mogła mnie poparzyć. „Za co?”
„Za trzy miesiące milczenia”.
Każdy nerw w moim ciele zesztywniał. „Słucham?”