Mam na imię Halina. Do rodziny Krawczyków weszłam jako 24-letnia dziewczyna, w białej sukience, z wiązanką polnych kwiatów i z taką wiarą w małżeństwo, że dziś czasem chciałabym objąć tamtą siebie i szepnąć: „Trzymaj się, dziecko. Życie nie zawsze pyta, czy jesteś gotowa”.
Mój mąż, Paweł, był najmłodszym synem Stanisława Krawczyka. Mieszkaliśmy na Podkarpaciu, w starej chacie pod Łańcutem, z drewnianą werandą, dwiema jabłoniami przy płocie i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej nad łóżkiem teścia.
Stanisław Krawczyk był człowiekiem twardym. Nie takim, co poklepie po ramieniu albo powie „dziękuję” za każdą drobnostkę. Mówił mało, patrzył prosto, a kiedy wchodził do izby, nawet jego dorośli synowie odruchowo prostowali plecy.
Przy jego łóżku zawsze leżało stare Pismo Święte w ciemnobrązowej oprawie. Rogi miało wytarte, kartki pożółkłe, a między nimi trzymał obrazek święty i zasuszoną gałązkę bukszpanu z Niedzieli Palmowej.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię