A ja jeszcze długo stałam przy półce i patrzyłam na wytartą okładkę.
Nie językiem.
Tak.
Właśnie tak.
Stanisław Krawczyk nie był łagodnym świętym. Potrafił być ostry. Potrafił milczeć wtedy, gdy potrzebowałam jednego „dziękuję”. Potrafił zranić chłodnym spojrzeniem. Potrafił udawać, że nie słyszy, jak wzdycham ze zmęczenia.
Ale na końcu zrobił coś, na co wielu „dobrych” ludzi nie miałoby odwagi.
Nie oddał mi resztek.
Oddał mi sprawiedliwość.
Pewnego wieczoru, już po zamknięciu, zostałam w pracowni sama. Za oknem osiadał ciepły czerwcowy zmierzch. W sadzie pachniała mięta. Gdzieś daleko szczekał pies.
Otworzyłam jego Pismo Święte.
Kartki cicho zaszeleściły.
Znowu otworzyło się tam, gdzie było podkreślone:
„Wiara bez uczynków jest martwa”.
Położyłam palce na tym zdaniu.
I nagle powiedziałam na głos:
— Gniewałam się na pana, tato.
Słowo „tato” wyrwało się samo.
Nie planowałam go.
Nie przygotowałam.
Po prostu od dawna mieszkało gdzieś we mnie i czekało, aż przestanę się bać.
— Gniewałam się — powtórzyłam. — Bo myślałam, że pan mnie nie widział.
W pracowni było cicho.
— A pan widział. Tylko milczał, jak zawsze.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię