Przełknął ślinę.
— Za to, że ja też widziałem, jak ci ciężko. Ale często pocieszałem się tym, że jesteś silna. To wygodne mieć przy sobie silną kobietę. Można położyć na niej więcej, niż sama zgodziła się unieść.
Te słowa bolały.
Ale były uczciwe.
I może właśnie dlatego nie odwróciłam twarzy.
Bo nie potrzebowałam męża, który nigdy się nie myli.
Potrzebowałam człowieka, który wreszcie widzi.
Następnego ranka pojechaliśmy do notariusza.
Przez całą drogę trzymałam klucz w dłoni. Mały, zimny, ciemny. Wydawało mi się, że jeśli rozluźnię palce, wszystko zniknie: list, siedlisko, słowo „córka”, jego prawda.
Notariusz długo sprawdzał dokumenty. Pieczęcie. Daty. Numery aktów. Dane w księdze wieczystej. Potem skinął głową.
— Wszystko jest ważne. Akt darowizny został podpisany prawidłowo. Pański ojciec zrobił to za życia.
Paweł zmarszczył brwi.
— Dlaczego nic nie powiedział?
Notariusz zdjął okulary.
— Poprosił, żebym przekazał pani jedno zdanie, jeśli kiedykolwiek tu przyjdzie.
Serce podeszło mi do gardła.
— Jakie?
Notariusz spojrzał na mnie łagodniej niż wcześniej.
— Powiedział: „Niektóre prezenty trzeba ukryć nie przed tym, komu się je daje, ale przed tymi, którzy zechcą je odebrać”.
Milczałam.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię