Haftowałyśmy.
Piłyśmy herbatę.
Milczałyśmy.
Czasem płakałyśmy.
I wtedy myślałam, że może Stanisław nie zostawił mi tylko siedliska.
Może zostawił mi miejsce, w którym niewidzialne kobiety znowu stają się widzialne.
Andrzej i Mirosław nie przyjeżdżali.
Raz tylko Andrzej przysłał przez adwokata kolejne pismo, ale sprawa szybko się rozsypała. Dokumenty były czyste. Notariusz potwierdził wszystko. Lekarz, który prowadził Stanisława, zaświadczył, że w dniu podpisania aktu był świadomy i rozumiał, co robi.
Potem przyszła cisza.
Ale najtrudniejsze nie było przetrwanie ich gniewu.
Najtrudniejsze było przestać w myślach udowadniać, że nie ukradłam.
Że nie wyprosiłam.
Że nie manipulowałam.
Że nie byłam „opiekunką, której się trafiło”.
Długo nosiłam w sobie ich głos.
Aż pewnego dnia do pracowni przyszła kobieta po siedemdziesiątce. Długo oglądała serwety, dotykała palcami haftów, a potem zatrzymała się przy Piśmie Świętym.
— Czyje? — zapytała.
— Teścia.
— Wierzący był?
Zastanowiłam się.
— Po swojemu. Surowo.
Kobieta uśmiechnęła się ledwie zauważalnie.
— To może dobrze wierzył. Nie językiem.
Kupiła małą serwetkę i wyszła.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię