Andrzej mówił o adwokatach, badaniu podpisu, „wpływie na chorego człowieka”. Mirosław dzwonił po krewnych i szeptał, że omotałam starego.
Bolało.
Ale już się nie bałam.
Bo miałam list.
Klucz.
I stare Pismo Święte Stanisława, które zabrałam z jego stolika. Nikt nie protestował. Dla nich to była tylko stara książka z wytartą okładką.
Dla mnie — dowód, że wiara czasem milczy długo, ale nie milczy na zawsze.
Miesiąc później pojechaliśmy z Pawłem do siedliska.
Droga prowadziła między polami, czarnymi jeszcze po zimie. Przy rowach stały nagie drzewa, a w oddali widać było wieżę małego kościoła.
Dom okazał się mniejszy, niż go sobie wyobrażałam.
Biały, lekko przekrzywiony, z popękanym progiem, starymi oknami i drzwiami, które wyglądały, jakby nie otwierano ich od lat. Przy domu rosła grusza. Za nią stała drewniana stodoła, a dalej ciągnął się sad: jabłonie, śliwy, kilka krzaków porzeczki.
Włożyłam klucz do zamka.
Nie przekręcił się od razu.
Zaskrzypiał.
Zastękał.
A potem drzwi puściły.
W środku pachniało kurzem, drewnem i zimną gliną. Na podłodze leżały suche liście, które wiatr naniósł przez szpary. W kącie stała stara skrzynia. Na ścianie wisiała pusta, ale mocna półka.
Paweł rozejrzał się.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię