Część 1
Wiosną 1903 roku Sahara nie była pusta.
Étienne Marchand wiedział o tym, zanim jeszcze wkroczył na pustynię południowej Algierii, choć poznał to z suchego języka map i wojskowych memorandów. Puste – tak politycy nazywali miejsce, gdy chcieli je posiadać bez poczucia winy. Puste – to, co oficerowie pisali w raportach, gdy nie rozumieli ludzi, którzy się przez nie przemieszczali, studni, które pojawiały się w pamięci starców, szlaków niewidocznych dla nikogo poza tymi, którzy urodzili się pod tym konkretnym słońcem.
Sahara nie była pusta. Znajdowały się na niej kości, słone drogi, szlaki karawan, pogrzebane wioski, zaginione rzeki, wyrzeźbione przez wiatr kamienie w kształcie śpiących zwierząt i imiona starsze niż Francja.
Jednak rano, kiedy opuścili ostatnią stałą placówkę, Marchand poczuł, że cisza go dosięga.
Stał obok muła, jedną ręką opierając się na skórzanym futerale, w którym trzymał swoje instrumenty. Futerał był wygładzony na rogach, pociemniały od lat potu i pogody. W środku znajdowały się narzędzia, którym ufał światu: kompas, lornetka, stół strugowy, łańcuch pomiarowy, zeszyty oprawione w ceratę, ołówki zaostrzone do twardych, szarych końcówek. Przedmioty z krawędziami. Przedmioty z liczbami.
Wokół niego ekspedycja przygotowywała się do wyjścia.
Henri Vasseur, fotograf, kucał pod kwadratowym płótnem, sprawdzając swoje szklane płytki z delikatnością księdza układającego relikwie. Był szczupłym młodym mężczyzną o niespokojnych ustach i zręcznych dłoniach. Piasek już przylepił mu się do mankietów, choć jeszcze nie wkroczyli na prawdziwą pustynię.
„Nie upuść ich” – powiedział Marchand.
Vasseur spojrzał w górę, obrażony. „Wolałbym się rzucić”.