Rinard spojrzał na masę ludzi nad nimi.
„Bez niczego, co posiadamy”.
Amastan stał za nimi.
„Mój dziadek mówił, że ten został niesiony” – powiedział.
Marchand odwrócił się. „Skąd przywieziono?”
„Z północy. Od wody do wody. Zanim pustynia zamknęła usta.”
„To legenda.”
“Tak.”
„Legendy rosną.”
„Tak samo jak te.”
W głosie starca nie było nuty triumfu.
Vasseur zawołał z drugiej strony pnia: „Marchand”.
Coś w jego głosie sprawiło, że pobiegli.
Fotograf stał w pobliżu częściowo zasypanego fragmentu, gdzie zapadła się skorupa solna. U jego stóp, pod pniem, znajdował się otwór opadający w ciemność. Niewielki. Miał może dwa metry szerokości. Krawędzie były wyłożone ubitą gliną i kamieniami.
Marchand uklęknął.
Chłodne powietrze wdychano od dołu.
Nie metaforycznie. Z otworu wydobywał się jednostajny, niosący ze sobą zapach, który nie pasował do pustyni: wilgotnej ziemi, zgnilizny i czegoś lekko słodkiego, jak zepsute owoce zamknięte w piwnicy.
Rinard cofnął się. „Jest tam wnęka”.
Marchand podszedł bliżej. Ciemność w dole nie ustępowała. Upuścił mały kamyk.
Czekali.
Uderzył w coś znajdującego się daleko pod nimi.
Raz.
Poza tym.