Marchand poczuł, jak zaciska mu się szczęka. „Zostałeś zakontraktowany na poprowadzenie tej wyprawy”.
„Moim obowiązkiem jest utrzymanie cię przy życiu”.
„Więc prowadź nas.”
Oczy Amastana stały się twardsze.
„Jest takie miejsce za tym grzbietem” – powiedział. „Mój dziadek nazywał je miejscem olbrzymów, którzy polegli. Jego dziadek tak je nazywał. Ta nazwa jest starsza niż tutejsze plemiona. Starsza niż modlitwy, którymi teraz się posługują. Starsza niż język, którym je nazywamy”.
Rinard podszedł bliżej. Vasseur również, niosąc w ręku blaszany kubek z wystygłą kawą.
„Jaki olbrzymy?” – zapytał Vasseur.
Amastan go zignorował.
Marchand powiedział: „Mówiłeś mi, żebym nie mierzył pewnych miejsc”.
“Tak.”
„To jest jeden z nich?”
„To jest to miejsce.”
“Dlaczego?”
Stary przewodnik zdawał się starannie dobierać słowa.
„Bo to, co tam leży, nie chce być liczone.”
Rinard się uśmiechnął, ale nie był to jego zwykły uśmiech. „Skały nie mają preferencji”.
Amastan spojrzał na niego. „Nie znasz tych skał.”
Marchand utkwił wzrok starca. Praktyczna część jego umysłu rozumiała zagrożenie. Jeśli przewodnicy odmówią, wyprawa może się załamać. Byli już daleko od wsparcia. Woda zależała od lokalnej wiedzy. W takim kraju duma może zabić człowieka szybciej niż gorączka.
Ale w świetle księżyca były kolejki.
Proste linie.
Nadal mógł je widzieć, gdy zamknął oczy.
„Zabierzcie tylko nas” – powiedział Marchand. „Ja, Rinard, Vasseur i dwóch asystentów. Zostawimy tu główny obóz. Nie będziemy niczego ruszać”.
Amastan zaśmiał się cicho i bez humoru.