„To nie jest odpowiedź.”
Jechali na południe pod błękitnym niebem.
Przez wiele dni Claire czuła jedynie znajomy lęk przed powrotem. Pustynia się nie zmieniła, a jednak zmieniła się całkowicie, bo zabrała ze sobą zbyt wiele duchów. Petit siedział obok niej, pogrążony we wspomnieniach, czyszcząc okulary zakurzonymi palcami. Beaumont mamrotał coś do map. Marchand stał w sepii u podstawy pnia, zbyt dużego, by mógł zachować zdrowy rozsądek. Vasseur płakał w czerwonym świetle ciemni.
Siódmej nocy Tarek przyszedł do jej namiotu.
„Znasz starą nazwę” – powiedział.
Claire podniosła wzrok znad notatnika.
“Tak.”
„Powiedz to.”
Zawahała się. „Miejsce olbrzymów, którzy upadli”.
Skinął głową. „Większość z tych, którzy teraz tu przychodzą, nie zna tej nazwy. Przychodzą po kamień. Po ropę. Po drogi wojskowe. Przechodzą obok i nie pytają. To miejsce śpi, kiedy nikt nie pyta”.
„A co, jeśli ktoś to zrobi?”
„Słucha.”
Claire zamknęła notatnik.
„Widziałeś to?”
Tarek usiadł przy wejściu, ale nie wszedł do środka, jakby chciał zapewnić sobie drogę ucieczki.
„Brat mojej babci prowadził tam ludzi, kiedy był młody. Nie Francuzi. Później. Ludzie z maszynami. Wrócił bez głosu”.
“Co się stało?”
„Przez trzy lata nic nie mówił. Aż pewnej nocy, w deszczu, wyszedł w ciemność. Moja babcia rano poszła za jego śladami. Kończyły się na suchym kamieniu.”
Claire pomyślała o Laurencie.
„Dlaczego zgodziłeś się nas prowadzić?”