„Kiedy pada deszcz” – powiedział – „wszystko odrasta”.
Zmarł w 1911 roku.
Jego rodzina zniszczyła jego dokumenty osobiste na polecenie nieznanego organu.
Marchand przeżył, ale nie najlepiej.
Na jakiś czas powrócił do zwykłej pracy geodezyjnej, a następnie przyjął mniejsze stanowiska administracyjne. Dał się poznać jako osoba rzetelna, ale wycofana. Podczas kolacji niewiele mówił. Kiedy koledzy wspominali o pracy na pustyni, przepraszał. Nigdy nie opublikował samodzielnie informacji o wyprawie. Nigdy nie wygłosił wykładu. Nigdy nie sprostował publicznych dokumentów.
Ale w prywatności Sahara pozostała z nim.
W 1919 roku, starszy i siwy, napisał list, którego nigdy nie wysłał. Był zaadresowany do Rinarda, choć Rinard już dawno przestał odpowiadać na korespondencję.
Paweł,
Przez szesnaście lat próbowałem wmówić sobie, że milczenie jest roztropnością. Mówiłem sobie, że bezpieczeństwo mojej żony, przyszłość mojej córki, godność naszego zawodu, a nawet sama Francja wymagają powściągliwości. Ale powściągliwość stała się współudziałem.
Nie zataili raportu, bo się pomyliliśmy. Nasze pomiary były trafne. Wasze były trafne. Tablice Vasseura pokazały to, co pokazały. Pnie istniały. Płyta istniała. Laurent zniknął. Dubois i Ilyas zginęli z powodu czegoś, co przywieźliśmy stamtąd, albo czegoś, co podążyło za nami.
Teraz wierzę, że największym horrorem nie było to, co znajdowało się pod piaskiem. Było to to, jak szybko ludzie na piasku zgodzili się tego nie widzieć.
Marchand złożył list i zapieczętował go.
Następnie umieścił go w blaszanym pudełku wraz z pozostałymi notatnikami, listem Rinarda z 1908 roku, szkicem pnia jeziora i skórzanym woreczkiem, który dał mu Amastan.
Ciemny kamień z symbolem rozgałęzienia trzymał na stoliku nocnym aż do końca życia.
W noc śmierci Marchanda w 1934 roku, jego córka Élise siedziała obok niego. Od dwóch dni majaczył, mówiąc fragmentami współrzędnych i studni, wzywając ludzi zmarłych trzydzieści lat temu. Krótko przed świtem obudził się z nagłą jasnością.
Élise pochyliła się. “Papa?”
Jego wzrok powędrował w stronę okna.
Na zewnątrz deszcz bębnił o szybę.
To był delikatny deszcz, zwyczajny, niemal delikatny.
Twarz Marchanda wypełniła się takim przerażeniem, że Élise zaczęła płakać.
„Zamknij ziemię” – wyszeptał.
“Co?”
Ścisnął jej dłoń.
„Jeśli znajdą drzewa” – powiedział – „nie pozwólcie im przynieść wody”.
Potem umarł.
Deszcz padał aż do rana.
W ogrodzie pod oknem, gdzie zimą było tylko błoto, Élise dostrzegła cienkie, blade pędy przebijające się przez glebę.
Około południa zwiędły i stały się czarne.
Część 4