W pobliżu pnia pojawiła się prosta i czarna linia, przecinająca mokry piasek. Powoli się rozszerzała, odsłaniając ciemność pod spodem. Powietrze wyrwało się z impetem, niosąc ze sobą smród zapieczętowanych wieków.
Coś bladego poruszyło się na dole.
Claire podniosła aparat.
Petit rzucił to. „Nie.”
Spojrzała na niego.
Nie potrafił wytłumaczyć siły, jaka kryła się w jego głosie. Wiedział jedynie, z zwierzęcą pewnością, że światło jej błysku nie może przedostać się przez tę szczelinę.
Deszcz się wzmagał.
Z misy dobiegł kolejny jęk.
Wtedy spod ziemi wzniosły się tysiące suchych szeptów.
Stare korzenie rozmawiają ze sobą.
Yusef złapał Petita za kurtkę i pociągnął go w stronę ciężarówek. „Teraz!”
Uciekli w ciemności.
Pierwsza ciężarówka minęła czarny grzbiet, zanim zapadła się po osie w błoto, gdzie kilka minut wcześniej leżała twarda ziemia. Druga uderzyła w zakopany kamień i pękła jej miska olejowa. Mężczyźni przekrzykiwali deszcz i hałas silnika. Petit pomagał rozładowywać sprzęt zdrętwiałymi rękami, instynktownie wybierając, co zachować: próbki, notatniki, film, kopie Beaumonta.
Claire stała w świetle reflektorów, patrząc na południe.
„Lucien” – powiedziała.
Podążył za jej wzrokiem.
Na grzbiecie stały postacie.
Cztery z nich.
Wysoki.
Cienki.