Tarek spojrzał na gwiazdy.
„Bo moja babcia też mówiła, że drzwi zamknięte ze strachu mogą się same otworzyć. Lepiej, żeby ktoś wiedział, gdzie one są”.
Dotarli do Czarnego Grzbietu 19 kwietnia 2003 roku.
Claire nie zdawała sobie sprawy z tej daty, dopóki Samira nie wspomniała o niej, sprawdzając swój dziennik terenowy.
„Dokładnie sto lat” – powiedziała Samira.
Claire spojrzała w stronę basenu. „Tak.”
„Nie planowałeś tego?”
“NIE.”
Samira jej nie uwierzyła. Claire to widziała. Sama też by nie uwierzyła.
Kotlina leżała za grzbietem, w bladym porannym świetle.
Już się nie ukrywał.
Rzadkie deszcze zmyły piasek z rozległych obszarów równiny. Pnie wyłaniały się wszędzie, ciemne i zakrzywione, ułożone w pasma na dnie pustyni. Niektóre leżały połamane. Inne znikały pod wydmami. Inne wznosiły się niczym grzbiety lewiatanów wyłaniające się z oceanu pyłu.
Joel opuścił aparat. „Jezu Chryste”.
Samira nic nie powiedziała.
Podeszła do najbliższego pnia i dotknęła go. Jej twarz zmieniła się tak, jak zmieniła się twarz Petita. Najpierw rozpoznanie. Potem odmowa. Potem żal, jakby świat ją osobiście zdradził.
„To jest drewno” – powiedziała.
Claire skinęła głową.
„Jak duży?”
„Ten? Może dwadzieścia metrów.”
Samira odwróciła się powoli. „Ten?”
Claire wskazała na południowy zachód. „Największy Marchand, jaki zarejestrowano, był właśnie tam”.
Przez kilka sekund nikt się nie odzywał.
Wtedy Joel szepnął: „Marchand?”
Claire spojrzała na niego. „Filmuj wszystko”.
Pracowali przez sześć godzin.