„Jesteś Francuzem” – powiedział. „Przeszkadzasz swoim patrzeniem”.
Mimo to godzinę później poprowadził ich na południe.
Szli bez wózków. Vasseur miał przy sobie przenośny aparat fotograficzny, dwie klisze i przeklinał pod nosem za każdym razem, gdy piasek się przesuwał. Rinard niósł młotek i woreczek z próbkami. Marchand niósł instrumenty, manierkę, notatnik i rewolwer, którego nie spodziewał się potrzebować.
Temperatura rosła szybko.
Równina za grzbietem była twardsza, niż wyglądała z obozu – powierzchnia zbitej skorupy piasku i żwiru, poszarpana płytkimi wąwozami. Wszędzie leżały porozrzucane czarne kamienie, niektóre gładkie jak głazy rzeczne, inne poszarpane i pokryte pęcherzami. Po godzinie obóz zniknął za nimi.
Pierwszy grzbiet pojawił się tuż przed południem.
Marchand początkowo widział go jako niski mur z ciemnego kamienia wznoszący się z piasku. Ciągnął się ze wschodu na zachód przez równinę, ginąc pod wydmami na obu końcach. Jego powierzchnia została wypolerowana przez wiatr, aż zaczęła słabo świecić. Odsłonięty fragment miał około osiemdziesięciu metrów długości, choć więcej leżało zakopanych.
Rinard się zatrzymał.
„Co to jest?” zapytał.
Marchand nie odpowiedział.
Coś w tej formacji opierało się myśleniu. Z daleka przypominała masę geologiczną. Z bliska sugerowała strukturę. Nie murowaną. Niezupełnie. Ale coś o wewnętrznej organizacji zbyt uporządkowanej jak na kamień.
Powierzchnia była pofałdowana.
Nie równomiernie, lecz rytmicznie.
Długie, pionowe bruzdy biegły wzdłuż jego długości pod warstwami mineralnego połysku. W niektórych miejscach zewnętrzna powierzchnia popękała, odsłaniając jaśniejsze wnętrze z koncentrycznymi pasmami.
Rinard podszedł pierwszy.
Położył jedną rękę na formacji.
A potem odciągnął ją.
„Co?” zapytał Marchand.