Amastan nie powiedział nic więcej.
Do 18 kwietnia ich trasa zakręciła dalej na zachód niż planowano, ponieważ jedna ze studni oznaczonych na francuskich mapach okazała się jedynie płytkim zagłębieniem wypełnionym martwymi chrząszczami i pojedynczym skrawkiem wybielonej słońcem tkaniny. Marchand podejrzewał, że studnia przemieściła się w lokalnej pamięci lub została błędnie oznaczona przez poprzedniego geodetę, zbyt wyczerpanego, by się tym przejmować. Każde z tych wyjaśnień go irytowało.
Tej nocy rozbili obóz obok grzbietu z czarnych skał, wznoszącego się nad równiną niczym kręgosłup jakiegoś pogrzebanego zwierzęcia. Wiatr niósł ze sobą zapach minerałów, gorzki i metaliczny. Przewodnicy byli cichsi niż zwykle. Nawet muły zdawały się niechętnie siadać.
Około północy Marchanda obudziły głosy.
Otworzył oczy pod niskim płótnem namiotu. Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest. Potem pustynia powróciła: zapach kurzu, potu muła, popiołu i suchej wełny.
Na zewnątrz mężczyźni szemrali w języku tamasheq.
Marchand sięgnął po buty i wyszedł.
Księżyc był prawie w pełni, oświetlając obóz błękitno-białym światłem. Kilku przewodników stało na skraju obozu, zwróconych na południe. Amastan był wśród nich.
„O co chodzi?” zapytał Marchand.
Mężczyźni ucichli.
Amastan odwrócił się. “Nic.”
„Obudziłeś obóz bez powodu?”
„Nikt nie obudził obozu”.
Marchand wpatrywał się w oświetloną księżycem równinę. Początkowo widział tylko piasek i kamienie. Potem, w oddali, coś bladego odbiło światło.
Linia.
Nie, kilka linijek.
Równoległe grzbiety ciągnęły się przez dno pustyni, za grzbietem, zbyt daleko, by je wyraźnie rozróżnić. Mogły to być wydmy, ale wydmy nie biegły tak prosto. Mogły to być odsłonięte półki skalne, ale odstępy między nimi wydawały się zbyt regularne.
„Czy to jest zachodnia część basenu?” – zapytał Marchand.
Twarz Amastana była ukryta, lecz jego oczy były widoczne.
„To już niedaleko.”