Pustynia nocą nie przypominała pustyni za dnia. Światło dzienne sprawiało, że wydawała się martwa. Noc dodawała jej głębi. Wydmy zamieniały się w przycupnięte masy. Równiny otwierały się niczym ciemna woda. W oddali ryczał szakal, a dźwięk był tak cichy i ludzki, że Vasseur przestał czyścić obiektyw aparatu.
„Nie” – powiedział Marchand.
Rinard uśmiechnął się. „Spróbuj.”
„Wolę to, co mierzalne.”
„To jest twoje wielkie ograniczenie.”
„Dlatego też mam pracę”.
Geolog się roześmiał, ale Amastan, siedzący tuż poza zasięgiem światła ogniska, odezwał się, nie podnosząc wzroku.
„Było zielone” – powiedział.
Rinard pochylił się do przodu. „Twoi ludzie mają o tym jakieś historie?”
„Mój lud ma opowieści o wielu rzeczach.”
„O jeziorach?”
“Tak.”
„Lasy?”
Pauza.
Wtedy Amastan powiedział: „Lasy, które tu nie pasowały”.
Ołówek Marchanda zatrzymał się.
„Co to znaczy?”
Stary przewodnik naciągnął wyżej zasłonę, chroniąc się przed nocnym wiatrem. „To znaczy, że niektóre drzewa rosną z wody. Inne z ziemi. Niektóre przynoszą ręce zbyt wielkie, by je zapamiętać”.
Vasseur spojrzał niespokojnie. „Ręce?”