„Odbierz wszystko.”
„Wszyscy wracamy.”
„Nie.” Claire spojrzała na klatkę schodową. „Nie, jeśli nikt nie będzie wiedział, co to jest.”
„To nie jest odwaga. To infekcja.”
Słowa te zrobiły na niej wrażenie, ponieważ były prawdziwe.
Chciała zejść.
Pragnienie wstąpiło w nią tak subtelnie, że pomyliła je z obowiązkiem. Ciekawość, żal, sprawiedliwość, dowód – wszystkie te szlachetne maski skrywały ten sam apetyt, który uwięził Marchanda. To miejsce nie zmuszało mężczyzn do zbliżania się. Sprawiało, że zbliżanie się wydawało się konieczne.
Claire cofnęła się.
Klatka schodowa odetchnęła.
Z dołu dobiegł głos.
Nie głośno.
Nie człowiek.
Ale ukształtowało jej imię.
„Claire.”
Joel zaczął płakać. „Słyszałeś to?”
Głos odezwał się ponownie i tym razem należał do Petita.
„Claire. Spójrz.”
Zamknęła oczy.
Samira uderzyła ją mocno.
Ból rozlał się po twarzy Claire. Czar prysł.
„Uciekaj” powiedziała Samira.