Mokry kamień.
Zepsuta słodycz.
Jeden z asystentów się zakrztusił.
Amastan powiedział: „Zamknij to”.
Marchand wstał. „Już jest zamknięte”.
„W takim razie zostaw je zamknięte.”
Ale tej nocy się otworzyło.
Nie do końca. Niewidocznie. Nikt nie widział, jak płyta się porusza. Jednak około północy obóz obudził się, słysząc niski, zgrzytliwy dźwięk dochodzący od strony kopców. Przetoczył się po równinie, na tyle głęboki, że wibrował w piersi.
Mężczyźni wytaczali się z namiotów z karabinami i latarniami. Muły ryczały. Vasseur wyszedł boso, ściskając w dłoniach torbę z talerzami. Rinard wyszedł z młotem w jednej ręce, jakby chciał się bronić przed geologią.
Szlifowanie ustało.
Przez kilka sekund tylko zwierzęta wydawały dźwięki.
Potem pojawił się zapach.
Wilgotna zgnilizna rozprzestrzeniła się po obozie falą, gęstą i intymną. Pachniało jak piwnica otwarta po powodzi, jak grzyby wyrosłe w ustach trupa.
Najmłodszy przewodnik zaczął się modlić.
Marchand podniósł latarnię i ruszył w stronę kopców.
Amastan go zablokował.
“NIE.”
“Przenosić.”
“NIE.”
Powiedziałem, ruszaj się.
„Jeśli pójdziecie tam dziś wieczorem, nie wszyscy wrócą.”
Humor Marchanda, napięty z powodu gorąca, strachu i coraz większej niemożności sporządzenia notatek, pękł.
„Mówiłeś to każdego dnia odkąd przybyliśmy, a jednak tu jesteśmy.”
Amastan pochylił się bliżej. Jego głos zniżył się do szeptu.
„Myślisz, że to, że żyjesz, oznacza, że nikt cię nie dotknął.”
Marchand wpatrywał się w niego.