W 1987 roku Lucien Petit znalazł pierwsze zdjęcie w szufladzie zmarłego.
Zmarłym był Jean-Claude Beaumont, amatorski historyk kartografii kolonialnej, kolekcjoner porzuconych archiwów i zawodowy utrapienie dla instytucji, które wolały, by ich zapomniane pomieszczenia pozostały zapomniane. Zmarł na udar w swoim mieszkaniu pod Lyonem, otoczony mapami ułożonymi w krzywych wieżach. Petit znał go tylko z korespondencji. Beaumont pisał długie, chaotyczne listy pełne oskarżeń, błyskotliwych pomysłów i okruchów ze śniadania.
Jego siostrzenica, Claire Beaumont, znalazła nazwisko Petita w książce adresowej i zaprosiła go do przejrzenia dokumentów, zanim rodzina sprzeda, co się da, a resztę wyrzuci.
Petit przybył w deszczowe listopadowe popołudnie. Miał czterdzieści cztery lata, krępą budowę ciała, łysiejący i poważny, jak na mężczyzn, którzy nauczyli się, że powaga to ich jedyna obrona przed pogardą. Wykładał geologię na prowincjonalnym uniwersytecie, gdzie koledzy uważali go za przydatnego, ale niczym się nie wyróżniającego. Spędził lata badając drewno krzemionkowe w Afryce Północnej, i to właśnie wtedy Beaumont skontaktował się z nim po raz pierwszy z pytaniem, które brzmiało absurdalnie.
Czy słyszałeś kiedyś o drzewach zbyt dużych, by mogły być drzewami?
Petit o mało co nie wyrzucił listu.
Zamiast tego odpowiedział.
Teraz stał w mieszkaniu Beaumonta, podczas gdy deszcz kreślił krzywe linie na szybach, a Claire przeglądała pudła, trzymając tlącego się papierosa między palcami.
„Mój wujek wierzył w wiele rzeczy” – powiedziała.
Petit podniósł stos kruchych map geodezyjnych. „To nie znaczy, że wszystkie były fałszywe”.
„Nie. Ale zwiększyło to szanse.”
Była Amerykanką, choć Beaumont był bratem jej matki. Przyjechała z Bostonu dwa lata wcześniej, aby studiować konserwację archiwów w Paryżu i została tam, jak sama wspominała, ponieważ we Francji samotność wydawała się czymś kulturalnym. Miała bystre spojrzenie, ciemne włosy przycięte tuż przy szczęce i maniery, które sugerowały, że już uznała Petita za głupca, ale mogła ją jeszcze rozczarować.
„Czego dokładnie szukasz?” zapytała.
„Wszystko, co ma związek z badaniem Marchanda”.
„Historia Sahary”.
“Tak.”
„Ogromne drzewa”.
“Tak.”
„Wierzysz w to?”
Petit zrobił pauzę.
W jego zawodzie słowo „wiara” było niebezpieczne.
„Uważam, że raport istniał” – powiedział. „Uważam, że został wycofany. Sądzę, że wzmianki o nim pojawiają się w korespondencji od ludzi, których reputacja zasługiwała na ochronę. Poza tym uważam, że sprawa zasługuje na zbadanie”.
Claire wydmuchnęła dym w stronę sufitu. „To najbardziej akademickie „tak”, jakie kiedykolwiek słyszałam”.
Petit znalazł zdjęcie po zmierzchu.
Znajdował się w szufladzie pod starymi dokumentami podatkowymi, owinięty w woskowany papier i przewiązany nicią. Odbitka nie była oryginalną płytą, lecz reprodukcją, prawdopodobnie wykonaną ze skanu, który Beaumont zdobył w okolicznościach, których Petit wolał nie wyobrażać. Przedstawiała rozległą, zakrzywioną powierzchnię wznoszącą się z dna pustyni.
Skamieniała kora.
U podstawy stał mężczyzna, aby pokazać skalę.
Był prawie niewidzialny.
Petit usiadł.
Claire podeszła do niego. „To naprawdę?”
Nie odpowiedział.