— Dużo pracy.
Przesunęłam dłonią po futrynie.
— Wiem.
— Nie boisz się?
Spojrzałam na izbę.
I nagle zobaczyłam nie kurz.
Zobaczyłam światło.
Półki z serwetami.
Stół, na którym leżą nici.
Kobiety siedzące razem nad haftem.
Dziewczyny uczące się starych wzorów.
Czajnik na małej kuchence.
I stare Pismo Święte na półce przy oknie.
— Boję się — powiedziałam. — Ale to już jest mój strach. Nie cudzy.
Remont trwał prawie rok.
Były dni, kiedy przeklinałam krzywe ściany, fachowców, którzy obiecywali przyjść w poniedziałek i znikali do czwartku, starą instalację i dach, który zaczął przeciekać akurat wtedy, gdy myślałam, że najgorsze za nami.
Były noce, kiedy siedziałam na podłodze między pudłami z nićmi i myślałam: „A jeśli nie dam rady?”
Wtedy wyjmowałam list Stanisława.
Czytałam jedno zdanie:
„Twoje uczynki, Halinko, były żywe”.
I wstawałam.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię