Może nie w kancelarii.
Może nawet nie wtedy, gdy znalazłam akt.
Może w tej chwili, gdy zmarły, surowy teść nazwał mnie córką.
Podniosłam głowę.
— Dobrze, Andrzeju. Jeśli byłam opiekunką, zapłać mi.
Zamrugał.
— Co?
— Zapłać mi za 7 lat. Za każdą noc, kiedy wstawałam do twojego ojca. Za każdą koszulę, którą prałam po gorączce. Za każdą łyżkę zupy, którą przełykał z trudem. Za każdy telefon do lekarza. Za każdy dzień, kiedy ty „bardzo chciałeś przyjechać, ale nie mogłeś”. Za każde Boże Narodzenie, kiedy dzwoniłeś na 5 minut przez kamerę, a ja po twoim telefonie zmieniałam mu pościel. Zapłać.
Andrzej pobladł.
Mirosław spuścił wzrok.
Zrobiłam krok bliżej.
— Tylko nie pieniędzmi. Bo takich pieniędzy nie masz. Zapłać prawdą. Powiedz choć raz na głos, że było wam wygodnie, że ja tu jestem. Wam obu było wygodnie.
Andrzej otworzył usta, ale nic nie powiedział.
Wtedy Paweł stanął obok mnie.
Nie za mną.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię