— Wiara bez uczynków jest martwa, Halinko — mówił zachrypniętym głosem, gdy podawałam mu wodę. — Słowa są tanie. Czyny kosztują.
Po naszym ślubie jego zdrowie zaczęło się sypać. Najpierw ciśnienie. Potem nogi. Potem serce. Dalej przyszli lekarze, tabletki, nieprzespane noce i ta straszna niemoc, która nie zabija od razu, tylko zabiera człowieka po kawałku.
Ktoś musiał go podnosić. Ktoś musiał karmić łyżeczką. Ktoś musiał zmieniać koszule, prać pościel, smarować nogi i siedzieć obok, kiedy nie mógł zasnąć, patrząc w sufit tak, jakby spierał się z samym Bogiem.
Tym „kimś” zostałam ja.
Nie dlatego, że ktoś mi to kazał wprost. W rodzinach najcięższych rzeczy często się nie rozkazuje. Po prostu kładzie się je milcząco na ramionach tej osoby, która pierwsza się nie odwróci.
Najstarszy syn, Andrzej, mieszkał w Warszawie. Przyjeżdżał rzadko, ale efektownie: z drogim ciastem, telefonem w dłoni i słowami o „naszym tacie”, wypowiadanymi tak, żeby słyszeli sąsiedzi.
Średni, Mirosław, mieszkał w Krakowie. Żegnał się przed każdym obrazem, całował ojca w czoło, a po godzinie mówił, że „serce mu nie wytrzymuje tej atmosfery”.
Paweł był dobry. Pomagał, kiedy mógł. Ale pracował przy remontach, często jeździł po zleceniach, wracał późno i prawdziwy ciężar i tak spadał na jedne ręce.
Na moje.
Zostawiłam pracę w małej pracowni haftu w Rzeszowie. Kiedyś marzyłam, że otworzę własną izbę rękodzieła: obrusy, serwety, koszule, stare podkarpackie wzory, takie jak z kufrów naszych babek. Ale marzenia mają to do siebie, że cicho składają się do szafy, kiedy w domu leży chory człowiek.
Były noce, które pamiętam ciałem.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię