Bo po raz pierwszy od dawna nie musiałam się tłumaczyć.
Dokument mówił za mnie.
Kiedy Andrzej i Mirosław się dowiedzieli, w domu zaczęło się piekło.
Andrzej przyjechał z Warszawy jeszcze tego samego wieczoru. W drogim płaszczu, z telefonem w ręce i taką miną, jakby nie ominął go żaden spadek, tylko ktoś obraził go na forum całego kraju.
— To jest fałszerstwo — powiedział, nawet się nie witając.
Mirosław chodził po pokoju z różańcem w palcach.
— Ojciec nie mógł tego zrobić. Nie mógł. On był wierzącym człowiekiem.
Spojrzałam na niego i pomyślałam, jakie to dziwne, że niektórzy chowają się za wiarą dokładnie wtedy, kiedy boli ich nie sumienie, tylko portfel.
— Właśnie dlatego to zrobił — powiedziałam cicho.
Andrzej odwrócił się gwałtownie.
— Nie ty będziesz mówić o jego wierze.
Zamilkłam.
A on, czując moją ciszę jak słabość, uderzył mocniej:
— Opiekunkom się płaci. Nie daje się im domów.
W pokoju zrobiło się tak cicho, że usłyszałam, jak w kuchni kapie kran.
Dawniej spuściłabym oczy.
Dawniej przełknęłabym.
Dawniej powiedziałabym sobie: „Nie zaczynaj. Nie psuj. Bądź mądrzejsza”.
Ale coś we mnie już się zmieniło.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię