Trzecia nad ranem. Miska ciepłej wody przy łóżku. Stanisław leży z zamkniętymi oczami, a jego palce zaciskają się na brzegu Pisma Świętego. Zmieniam mu koszulę. On odwraca twarz do ściany.
— Wstyd mi, Halinko — szepcze.
— Nie trzeba, tato — odpowiadam, choć wtedy jeszcze bałam się nazywać go tak głośno.
Długo milczy.
A potem mówi ledwie słyszalnie:
— Bóg widzi to, co człowiek robi w ciszy.
Chciałam wierzyć, że on też widzi.
Pewnego zimnego styczniowego poranka teść umarł. Zrobił jeden długi wdech, drugi już cichszy, a potem izba stała się tak pusta, że nawet zegar na ścianie jakby bał się tykać.
Trzymałam go za rękę.
Na pogrzebie byli wszyscy. Andrzej stał w pierwszym rzędzie, głośno odpowiadał księdzu i tak pięknie płakał, że sąsiadki same zaczęły ocierać oczy. Mirosław opowiadał, jak ojciec uczył go w dzieciństwie kosić trawę, jakby te wspomnienia mogły przykryć 7 lat jego nieobecności.
Ja stałam z tyłu.
W czarnym płaszczu.
Prawie niewidzialna w domu, który przez 7 lat trzymałam na własnych plecach.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię