Paweł pomagał w weekendy. Nosił deski, malował okna, kłócił się z elektrykiem, robił kawę na małej kuchence. My też jakby uczyliśmy się od nowa być małżeństwem — nie przy łóżku chorego, nie w cieniu cudzego bólu, nie pod naciskiem rodziny.
Tylko obok siebie.
Nie idealnie.
Ale uczciwie.
Wiosną otworzyłam pracownię.
Nazwałam ją „U Córki”.
Nie dlatego, że chciałam wszystkim pokazywać list. Nie. O nim wiedziało niewiele osób.
Nazwałam ją tak przez jedno słowo, które podniosło mnie z podłogi w dniu, kiedy myślałam, że moje 7 lat nikt nie policzył.
Córka.
Pierwszego dnia otworzyłam drzwi wcześniej, niż trzeba było. Na półce postawiłam stare Pismo Święte Stanisława. Między kartkami wciąż leżał obrazek święty i zasuszony bukszpan.
Obok położyłam małą haftowaną serwetkę.
Czerwoną nicią wyszyłam na niej:
„Bóg widzi to, co człowiek robi w ciszy”.
Pierwsza weszła sąsiadka z pobliskiej wsi. Potem dwie kobiety z Przeworska. Potem młoda dziewczyna, która chciała wyhaftować koszulę dla mamy. Potem starsza pani przyniosła stary obrus i poprosiła, żebym odtworzyła brzeg, bo „to jeszcze po babci”.
Powoli pracownia ożyła.
Były tam serwety, obrusy, koszule, lniane bieżniki, stare wzory z Podkarpacia, małe obrazki w haftowanych ramkach, herbata z lipy i stół, przy którym kobiety zaczynały mówić nie tylko o niciach.
Jedna straciła męża.
Jedna od 20 lat mieszkała z synem, który rozmawiał z nią tylko rozkazami.
Jedna w wieku 56 lat pierwszy raz powiedziała, że chce nauczyć się czegoś dla siebie.
Siedziałyśmy razem.
Dziękuję to piękne.
witamy Cię