Kilka tygodni później w domu w Saint-Germain-en-Laye nie pachniało już lekarstwami.
Nadine ponownie otworzyła okna.
Zaparzyła kawę.
Podgrzała brioszkę.
Włączyła stare radio w kuchni.
Pani Madeleine, wciąż szczupła, ale wyprostowana, znów usiadła na werandzie, by popatrzeć na krzewy róż.
Camille wciąż przebywała w areszcie tymczasowym, pod zarzutem napaści ze skutkiem ciężkim, podawania szkodliwych substancji, oszustwa i wykorzystywania osoby bezbronnej.
Im dalej posuwało się śledztwo, tym więcej dowodów się gromadziło.
Sąsiedzi, którzy kiedyś podziwiali ją za elegancję, teraz ściszali głos, gdy wspominali jej imię.
Idealna kobieta była po prostu tym, co skrywała za uśmiechem.
Pewnego popołudnia, gdy słońce zachodziło nad krzakami róż wilgotnymi od porannego deszczu, Adrien wyszedł na taras z dwoma filiżankami.
Podał jedną matce.
Wzięła ją w dłonie i wdychała parę z zamkniętymi oczami.
„Tym razem” – powiedziała cicho – „pachnie jak w domu”.
Adrien usiadł naprzeciwko niej.
Jeszcze bardziej się spieszył.
Już bardziej wibrował mu telefon w dłoni.