Potem ulicą za nami wstrząsnęła eksplozja.
To nie był dom Nishy.
To nie był stół z prezentami.
Policyjny jeep przy dalszej barykadzie stanął w płomieniach.
Vanneau się zatrzęsło.
Gdzieś posypało się szkło.
Ktoś zawołał o pomoc medyczną.
Dym unosił się nad drogą.
W tym zamieszaniu z bocznej furgonetki Nishy wyszedł czarnoskóry mężczyzna z plecakiem, trzymając Kiarę przed sobą jak tarczę.
Urodzinowa korona mojej siostrzenicy wciąż była na jej głowie.
W jej włosach tkwiła różowa papierowa świeczka.
Płakała tak mocno, że aż posiniała.
Nisha zobaczyła ją przez okno vana.
„Nie!”
Rzuciła się na drzwi, szarpiąc klamkę.
Złapałem ją od tyłu.
„Nie!”
„Moja córko!”
Mężczyzna krzyknął coś, czego nie dosłyszałem przez dym.
Funkcjonariusze opuścili broń o centymetry.
Inspektor Sethi wyszedł na otwartą przestrzeń z uniesionymi rękami.
„Puść dziecko”.