„Proszę pani! Proszę zostać w samochodzie!”
Za nim, na drodze, stali mężczyźni w kamizelkach kuloodpornych. Dwóch policjantów kucało za jeepem, celując w dom Nishy. Inny krzyczał do radia. Sąsiedzi zniknęli z okien. Gdzieś w domu zaczęło krzyczeć dziecko.
Moje dziecko powinno tam być.
Gdyby Vikram nie zadzwonił.
Gdybym go zignorowała.
Gdybym wzięła spinkę do włosów od Nishy.
Policjant podszedł do mojego okna i zapukał w szybę.
„Otwórz drzwi, proszę pani. Powoli”.
Vikram usłyszał pukanie do telefonu.
„Kto tam?”
„Policja” – wyszeptałam.
„Nie dawaj im telefonu”.
Ciarki mi zmroziły.
„Co?”
„Posłuchaj mnie. Nie dawaj nikomu telefonu. Jedź na sygnalizację świetlną przy ambasadzie. Spotkamy się tam”.
Sygnalizacja świetlna była za dziesięć minut.
Przez dwie policyjne barykady.
Z uzbrojonymi funkcjonariuszami otaczającymi dom mojej siostry.
A mój mąż kazał mi uciekać.
Znów wpatrywałam się w karteczkę.
Nie ufaj Vikramowi. Ratuj Tarę.
Funkcjonariusz zapukał mocniej.
„Proszę pani, proszę natychmiast otworzyć drzwi”.
Tara krzyknęła: „Mamo, boję się”.
W tym momencie coś we mnie wybrało.
Nie Vikram.
Nie Nisha.
Nie strach.