„Próbowałam cię ostrzec”.
„Uśmiechałaś się do mnie, gdy obcy stali przy naszych dzieciach”.
„Jeden z nich miał pistolet pod kurtką” – wyszeptała. „Drugi miał detonator w torbie”.
Zatrzymałam oddech.
„Plecak…”
Skinęła głową, a po jej twarzy popłynęły łzy.
„To nie była bomba, która miała wysadzić dom. To była groźba. Małe urządzenie, wystarczające, by zabić dzieci przy stole z prezentami. Powiedzieli, że jeśli kogokolwiek ostrzegę, jeśli przerwie imprezę, jeśli zrobię jeden zły ruch…” Zakryła usta. „Kiara stała tuż obok”.
Tara zaczęła się trząść.
Przytuliłam jej twarz do ramienia.
„Nie słuchaj, kochanie. Spójrz na mnie. Policz moje palce”.
Ale nie mogłam przestać słuchać.
Nisha otarła łzy grzbietem dłoni.
„Przyszli, zanim przybyli goście. Znali rozkład pomieszczeń. Wiedzieli, gdzie są kamery. Wiedzieli, w której sypialni mama będzie odpoczywać. Znali kolor sukienki Tary”.
Ścisnęło mnie w żołądku.
Vikram wybrał sukienkę Tary tego ranka.
Różową z bocznymi kieszeniami.
Powiedział: „Wygląda jak babeczka. Niech ją założy”.
Poczułam mdłości.
Nisha wyszeptała: „Powiedzieli, że Tara musi z nimi wyjść po cichu po torcie. Zamierzają spowodować przerwę w dostawie prądu. W tym zamieszaniu zostanie przeprowadzona przez bramkę dla obsługi”.
„Nie”.
Słowo wyrwało mi się z gardła.
Nisha chwyciła się siedzenia.