„Mamo… Tata czeka na twoją śmierć. Cokolwiek zrobisz, nie otwieraj oczu”.
To były pierwsze słowa, które usłyszałam po dwunastu dniach spędzonych w ciężkiej, duszącej ciemności, jakbym została pogrzebana żywcem pod białymi prześcieradłami.
Nie mogłam się ruszyć.
Nie mogłam mówić.
Nawet oddychanie przypominało powoli wbijanie noża w tył czoła.
Ale ten głos…
Rozpoznałabym go wszędzie.
„Hugo…”
Mój dziewięcioletni syn był tam, przy moim szpitalnym łóżku. Czułam, jak jego mała dłoń ściska moją, tak jak robił to, gdy nad naszym domem w Lyonie szalała burza.
„Mamo… jeśli mnie słyszysz, trzymaj mnie za rękę. Proszę”.
Próbowałam.
Bóg mi świadkiem, że próbowałam.