To była stara, zgniła zazdrość.
Ukryta pod rodzinnymi uśmiechami, świątecznymi posiłkami i zdjęciami ludzi obejmujących się, udających miłość.
Camille nigdy mi nie wybaczyła, że istnieję.
Adrien ze swojej strony nigdy mnie nie kochał.
Kochał mój spadek.
Moje imię.
Moje zaufanie.
Możliwość uczynienia ze mnie żyjącej wdowy, jeszcze przed moją śmiercią.
Następne miesiące były kolejną walką.
Operacje.
Rehabilitacja.
Bezsenne noce.
Dni, kiedy moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa.
Budzenie się zrywami, wciąż słysząc, jak hamulce nie reagują podczas zjazdu z górskiej przełęczy.
Czasami płakałam po cichu w sali fizjoterapeutycznej, z ciałem pokrytym bólem, upokorzona niemożnością przejścia dziesięciu kroków bez pomocy.
Ale za każdym razem, gdy otwierałam oczy…
Hugo był obok.
Odrabiał lekcje przy małym stoliku obok mnie.
Rysował dla mnie domy z ogrodami.
Opowiadał mi, co jadł w stołówce, jakby świat mógł wrócić do normy dzięki przesolonemu puree ziemniaczanemu i jogurtowi truskawkowemu.
Maître Moreau dopilnował, aby moje życzenia zostały uszanowane.
Testament został potwierdzony.